Recenzja „Jabłko” reż. Artur Barciś

Recenzja „Jabłko” reż. Artur Barciś

Prawdziwe emocje po dwóch stronach rampy. Świetne „Jabłko” w Teatrze Żelaznym w Katowicach.

Miłość, choroba, romans, zdrada, śmierć. Z takich sytuacji składa się nasze życie. Są one też często pożywką dla sztuki. Czasem przedstawione są banalnie, innym razem intrygująco. W „Jabłku” w reżyserii Artura Barcisia w Teatrze Żelaznym wybrzmiewają prosto i pięknie. To spektakl, który po prostu trzeba zobaczyć.

O „Jabłku”, współczesnej sztuce autorstwa Kanadyjczyka Verna Thiessena, krytycy piszą, że to taka historia z rodzaju słynnego „Love Story” – tyle że dwie dekady później.

Bohaterów jest trójka. Najpierw poznajemy małżeństwo z dziesięcioletnim stażem, w którym ewidentnie coś szwankuje, przede wszystkim ich wspólne relacje. Lyn (w tej roli rewelacyjna Marta Marzęcka-Wiśniewska) jest ambitną doradczynią na rynku nieruchomości. I ową ambicję przypłaca niestety swoim zdrowiem.

Jej mąż Andy (skupiony, przejmujący Piotr Wiśniewski, mąż aktorki także w życiu) znajduje się właśnie na życiowym zakręcie, ponieważ z dnia na dzień staje się bezrobotny. Jest zupełnym przeciwieństwem Lyn – spokojny, wyciszony, ale i zrezygnowany. Wolny czas spędza w parku, gdzie pewnego dnia poznaje młodą Samanthę, studentkę medycyny (delikatna Karolina Sawka). Rozpoczynają romans.

Dziewczyna lubi żyć bez przywiązywania się do innych, ale ta relacja, dla niej pierwsza i poważna, nauczy ją, że nie tak łatwo jest być niebieskim ptakiem. Wkrótce okazuje się, że Lyn jest ciężko chora. Mąż czuje się w obowiązku nią opiekować. Między małżonkami znów rodzi się zapomniane uczucie. Zaczynają więcej ze sobą przebywać, rozmawiać, przytulać się i kochać. Brzmi słodko, ale wcale tak nie jest. Przynajmniej nie w sposób, w jaki się nam na pierwszy rzut oka wydaje.

„Jabłko” jest sztuką z rodzaju „dwa krzesła, muzyka i światło”. To znaczy, że tekst nie potrzebuje tu żadnego oparcia w inscenizacji. No, może trochę trzeba mu tak zwanego klimatu, które w przypadku spektaklu w reżyserii Barcisia tworzy mistrzowsko przede wszystkim skromna, nastrojowa, przesiąknięta jakąś niewyrażalną tęsknotą muzyka autorstwa Bartosza Eberta. Wybrzmiewa często, ale na krótko, na zakończenie poszczególnych scen, bo „Jabłko” to właśnie taki kolaż uzupełniających się sytuacji.

Oczywiście krzesła, muzyka i światło byłyby na nic, gdyby nie aktorzy. To właśnie oni są głównym medium. I tekstu, i tego co poza nim, bo w przypadku „Jabłka” milczenie, niedopowiedzenia, gesty, westchnienia, spojrzenia, kroki i niedokończone słowa są równie ważne. Cała trójka, odarta z ozdobników, dodatków, rekwizytów i scenografii staje twarzą w twarz z widzem. I teraz każdy z osobna musi przekonać nas do swojej postaci.

W przypadku sztuki o tak ważnych, a jednocześnie już tak wiele razy opisywanych emocjach, stanach i sytuacjach, nie jest to zadanie łatwe. Wręcz arcytrudne. Katastrofa może wisieć w powietrzu, ale na szczęście nie wisi ona pod sufitem sali teatralnej w dawnym dworcu kolejowym Katowice-Piotrowice.

Tu na medal spisują się wszyscy troje, ale jednak najbardziej Marta Marzęcka-Wiśniewska. To ona gra tu pierwsze skrzypce i jej sceniczni partnerzy dobrze o tym wiedzą, dając jej miejsce do koncertowego wygrania emocji tkwiących w Lyn – postaci, z którą aktorka się mierzy. Choć nie, ona się nie mierzy. Ona po prostu staje się Lyn; przemienia się w nią. I na naszych oczach marnieje z minuty na minutę.

Najpierw daje się poznać jako kipiąca seksapilem, blond piękność, co zmyślnie podkreślone zostaje zamiłowaniem Lynn do koloru czerwonego. Potem powoli więdnie, siłując się z chorobą. Chustka na głowie zasłaniająca długie włosy i totalny brak makijażu u aktorki robią wrażenie. Przemiana jest nie tylko psychiczna, ale i fizyczna. Do tego fenomenalne jej, jakby niewymuszone, bycie na scenie i łzy w kulminacyjnych momentach same cisną się do oczu. Płaczą bohaterowie, płacze – ukradkiem – i publika. To chyba największy dowód uznania dla aktora – wzruszyć widza. I Marcie Marzęckiej-Wiśniewskiej to się udaje. Świetnie, że pokazała się w tej roli.

Dzielnie głównej bohaterce partnerują Piotr Wiśniewski i Karolina Sawka. On gra w sposób spokojny i opanowany, ale w środku w jego Andym buzuje ocean uczuć. Początkowo są one niedobre – to głównie wątpliwości w stosunku do żony i pożądanie skierowane w stronę młodszej dziewczyny. Potem zalewa go – całkiem świadomie – fala miłości, którą w sobie obudził, by dać wsparcie żonie. Taka huśtawka uczuć, dawkowana po trochu i bez szaleństwa, a jednak wyraźnie, na pewno nie jest łatwa do pokazania na scenie. Tym bardziej kiedy gra się osobę wycofaną, niezdecydowaną, introwertyczną.

Sawka natomiast jest aktorką, która dopiero rozkwita – niedawno obroniła dyplom w szkole aktorskiej. Jej świeżość, delikatność, wrażliwość – wszystkie te cechy reżyser uwypuklił, radząc kreować jej postać Samanthy nienachalnie, jakby była snem, przywidzeniem, fantazją nieprzynależną temu topornemu światu, w którym przydarzają się te wszystkie złośliwości.

W rezultacie powstał spektakl z trzema mocnymi kreacjami aktorskimi, który ogląda się z zapartym tchem i w końcu ze łzami w oczach. Spektakl o ludziach z krwi i kości i niesamowicie prawdopodobnym życiu – jego cieniach i blaskach. O tym, że najlepiej jest żyć chwilą, tu i teraz, bo nie wiadomo, co będzie jutro. Czy w ogóle jutro będzie? I kochać, bo tylko tyle i aż tyle możemy podarować drugiemu człowiekowi.

Miłość wcale nie jest trudna, mówią twórcy spektaklu. Wystarczy się na nią otworzyć, a trwać będzie długo, dłużej niż ludzkie życie.

 

Marta Odziomek
Gazeta Wyborcza
22 grudnia 2017 | 17:39